Z Sebastianem Kamińskim, pochodzącym z Koźmin Wlkp. piłkarzem Zawiszy Bydgoszcz, rozmawiał Grzegorz Nowak.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z futbolem? Czy już od dzieciństwa, podobnie jak wielu innych sportowców, pragnąłeś zostać zawodowym piłkarzem?
- Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się od tenisa stołowego. Mój dziadek jest trenerem i to on przyprowadził mnie na pierwszy trening. W tym samym czasie w sali gimnastycznej zajęcia mieli również piłkarze. Pewnego dnia zamiast na popularnego ping-ponga poszedłem na piłkę i tak już zostało. Bardziej spodobał mi się futbol i chodziłem regularnie na treningi zespołu parafialnego Fary Koźmin Wielkopolski.
Twoim drugim klubem w karierze, jeszcze za czasów juniorskich, był Remes Opalenica. Jak porównasz możliwość treningowe tam i w mieście rodzinnym?
- Po przygodzie w zespole parafialnym był czas występów w Białym Orle Koźmin Wielkopolski. Stamtąd odszedłem przed ukończeniem 16. roku życia do Remesu Opalenicy. Z pewnością różnica pomiędzy treningami w tych klubach była ogromna. Boiska były nieporównywalne z tymi, na jakich trenowałem w rodzinnym mieście. Same treningi wyglądały również zupełnie inaczej. Każda jednostka treningowa była opracowana przez zespół trenerski. Mieliśmy już pierwsze specjalizacje na daną pozycję.
Dzięki dobrej postawie w Opalenicy udało Ci się dostać do ekipy Zagłębia Lubi z Młodej Ekstraklasy. Czy była możliwość pozostać dłużej w tym klubie i w późniejszym okresie zadebiutować w ekstraklasie?
- Moje pół roku w Lubinie było bardzo pechowe. Po dobrej rundzie w Opalenicy Zagłębie było mocno zainteresowane wypożyczeniem mnie. Po przyjściu do Lubina miałem problemy z kontuzjami. Dodatkowo pojawiły się bóle mięśniowe. Wiadomo, że jestem zawodnikiem szybkościowym, dlatego łapałem bardzo szybko urazy. W Lubinie grałem zazwyczaj w drużynach juniorskich. Mimo to Zagłębie chciało, bym został i spróbował gry w Młodej Ekstraklasie. Niestety, Remes Opalenica zażądał za mnie zbyt dużych pieniędzy i transakcja nie doszła do skutku.
Potem nadszedł czas dorosłej piłki. Czy treningi w Opalenicy i Lubinie pozwoliły ci łatwiej przejść z poziomu juniorskiego na szczebel seniorski?
- Według mnie pomiędzy piłką juniorską a seniorską jest ogromna przepaść. Wiadomo, że wśród dorosłych gra opiera się głównie na walce oraz sile mięśniowej. Z kolei w drużynach juniorskich futbol wygląda zupełnie inaczej.
Dobry okres gry w Jarocie Jarocin zaprocentował transferem do KS Polkowice. Gra na zapleczu ekstraklasy wiąże się z trudniejszymi wyzwaniami, ale i z większymi możliwościami bycia zauważonym. Łatwiej wybić się w wyższej czy niższej lidze?
- Grając w Jarocinie, udało mi się strzelić dużo goli. Często decydowałem o losach meczów. Mimo wszystko zainteresowanie moją osobą nie było tak duże jak po rundzie we Flocie Świnoujście. Nie zdobywałem tam bramek, ale zaliczyłem tylko bądź aż osiem asyst. Gra w wyższej lidze daje szanse lepszej promocji. Transmisje spotkań w Orange Sport pozwoliły mi się wypromować. W pojedynkach pokazywanych przez tę telewizję zaprezentowałem się z bardzo dobrej strony, co mogło pomóc w późniejszych transferach.
Po wycofaniu się z rozgrywek klubu z Polkowic byłeś na testach w Chojniczance Chojnice oraz Flocie Świnoujście. Miałeś może w tym czasie jakieś chwile zwątpienia? Zadawałeś sobie pytanie, co będzie, jak nie uda się przejść pozytywnie tych testów?
- Jestem zawodnikiem bardzo mocnym psychicznie. Wiem, jakie posiadam umiejętności i na co mnie stać. Jak to u każdego gracza, również u mnie pojawiły się chwile zwątpienia po grze w Polkowicach. Po dobrym początku rundy doznałem złamania żebra w czwartej kolejce. Miałem trzytygodniową przerwę. Przy każdym ćwiczeniu czułem olbrzymi ból, przez co nie mogłem normalnie trenować. Po sezonie miasto zrezygnowało z finansowania dla Polkowic drugiej ligi. W tamtym czasie miałem dużo szczęścia. Bardzo źle wspominam testy w różnych klubach. Podczas krótkiego okresu treningowego ciężko było się dobrze zaprezentować. Na szczęście udało mi się pokazać z dobrej strony trenerowi Baniakowi, który pozostawił mnie we Flocie.
W swojej karierze piłkarskiej pracowałeś już ze znanymi trenerami – Bogusławem Baniakiem, Tomaszem Kafarskim. Jak oceniasz na ich tle ambitnego, ale ciągle młodego jeszcze trenera Rumaka?
- Jest bardzo dobrym szkoleniowcem. Od samego początku pracy w Zawiszy ma swój pomysł i myśl, jak powinna wyglądać gra tego zespołu. Podczas treningów większość ćwiczeń wykonujemy z piłkami, co jest z pewnością sporym plusem. Bardzo dobrze mi się z nim trenuje i nie pozostaje mi nic innego, jak ciężko pracować i stale podnosić swoje umiejętności pod jego okiem.
Zanim przeszedłeś do Zawiszy Bydgoszcz, występowałeś we Flocie Świnoujście. Rozegrałeś w niej 29 spotkań ligowych. Czy ta dawka meczów pomoże Ci lepiej zaprezentować się w inauguracyjnej rundzie na boiskach ekstraklasy?
- Z pewnością doświadczenie, które zdobyłem, bardzo mi pomoże. W ostatniej rundzie zagrałem w każdym spotkaniu w pełnym wymiarze czasowym. Duża w tym zasługa jednego z trenerów, których wymieniłeś – Kafarskiego. Od początku mojego pobytu w Świnoujściu obdarzył mnie dużym zaufaniem. Odbyłem z nim wiele rozmów i analiz, jak zachowują się zawodnicy występujący na mojej pozycji. Dodatkowo moja dyspozycja szybkościowa i wytrzymałościowa idealnie pasowała trenerowi do przygotowanego dla mnie planu taktycznego.
Na zakończenie pytanie odnośnie organizowanego przez Wielkopolską Gazetę Lokalną KROTOSZYN Turnieju Charytatywnego “Gramy dla…”. Jak wspominasz to wydarzenie, w którym sam brałeś udział jako zawodnik? No i czy możemy spodziewać się Ciebie na kolejnej edycji tej imprezy?
- Wspominam ten turniej bardzo pozytywnie. Dla mnie takie wydarzenia są fajną sprawą. Można dzięki temu pomóc ludziom, którzy potrzebują wsparcia. Jestem zawsze otwarty na tego typu inicjatywy. Jeżeli tylko pozwolą mi na to obowiązki zawodowe, z pewnością pojawię się na kolejnych turniejach, aby pomóc chorym osobom w dalszym leczeniu.
FOT. Zawisza Bydgoszcz

